RSS
poniedziałek, 07 czerwca 2010
zapomniałam

Moja babcia, która w założeniu miała być pierwszoplanową postacią tego bloga - była chora. Mówię "była", choć wcale nie jest z nią dobrze, do ryby nie przyrównasz. Ale zapalenie płuc miała, teraz już tylko wody trochę w środku zostało - załóżmy, wyleczone.

Moja babcia jednak od około dwóch lat ma dużą tendencję do zapominania. Zaczęło się tak jakoś bardzo nagle, przynajmniej dla obserwatorów. Dnia pewnego letniego przyszłam do niej z siostrą, a wyszłam z siostrą i ogromnym przerażeniem. I planami, jakie to my nie będziemy wspaniałomyślne, jak się babcią zająć musimy.

Zająć się nie starczyło czasu, a babcia zapominała coraz bardziej. Zapominała też o tym, jak to zwykła od czasu do czasu robić sobie dietkę kapuścianą, coby formę i masę mniej-wysoką trzymać. Zapomniała może także, że otyłość do niczego dobrego nie prowadzi. I że jedzenie nie jest sensem życia, a jedynie jednym z jego wymogów, których zbyt nadgorliwie spełniać nie winniśmy.

Nie chcę tu jednak z babci szydzić. Raczej z siebie powinnam, bo babcię w kajdany zakuć i po główce głaskać trzeba było ładnych kilka lat wstecz. I na dietkę przechodzić razem z nią, żeby wiedziała, że to bardzo istotne i ważne. Ta forma i masa.

Moja babcia ma, jak się okazało przy przygodzie z zapaleniem płuc, cukrzycę i wątrobę otłuszczoną okrutnie (ścisła dieta do końca życia ścićle zalecona). Ma też tego całego tłuszczu, cholesterolu, badziewia tyle, że żyły niedrożne, że krew do mózgu nie dopływa, że zapomina o czym mówi po pięciu minutach, że z uporem maniaka widzi w jedzeniu sens życia.

Mimo że każdego wieczoru mama szykuje jej leki na następny dzień w specjalnym pojemniczku z przegródkami rano|południe|wieczór - pusta przegródka nie jest dla babci sygnałem "wzięłam leki". Jest sygnałem "nie wiem, więc wezmę". I wzięła.

Ale już gorączka przeszła. W przeciwieństwie do naszej bezsilności.

19:47, blok.czekoladowy
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 maja 2010
bez cukru

Takie te jakieś hasła, loginy - to zawsze przeprawa gorsza, niż trzy strony tekstu.

 

Przyjazd: piątek, 10.20. Świadomość, że nic nie wiem - jak się zachować, jak to będzie, czy sobie poradzę - przygniata. Bo nie lubię nie wiedzieć, nie być przygotowana, mieć przed mordą wizję porażki. Zwłaszcza, jeśli kwestia tyczy się - dosłownie - życia lub śmierci.

Może niektórym wykrzywić twarz myśl o tym, że przyjeżdżam z poczucia obowiązku i z troski, a mam na ustach śmierć. Ale przecież właśnie dlatego przyjeżdżam - bo mi ona nie pasuje, bo chcę z nią bój stoczyć. Myślę, że o wrogu trzeba mówić poważnie i z szacunkiem, żeby mieć szanse najmniejsze chociaż.

Gorsza sprawa, że ta śmierć czasem przybiera postać zwykłego człowieka. Albo choroby. I tak siedzi w tym człowieku i podtruwa mu umysł, i zaciemnia pamięć, i wyciąga z niego takiego potworka, któremu "dajcie spokój, nie męczcie, ile tego życia mu zostało". I jak tu łzy powstrzymać, jak się chce zatrzymać przy sobie takiego uparciucha jak najdłużej i się robi z sercem w rękach wszystko, żeby lepiej było, ale nic nie można zrobić, bo cię taki chory - ciebie i twoją troskę - nazywa idiotą?

Patrzę w lustro i parszywie się widzę. Nie wiem tak naprawdę, czy chęć pomocy wynika z dobra, czy z egoizmu wielokrotnie zarzucanego. Jeśli to drugie, to wychodzi kiepsko, bo wcale nie czuję się dobrze. Perfekcjonizm zmusza do przyznania pedagogicznej porażki - nie umiem zmusić chorej, żeby mnie słuchała, co za tym idzie - nie mogę pomóc. W każdym razie nie tyle, ile chcę, a chcę od A do Z, a nawet do Ż. I nie chcę słyszeć, że się nie da. W moim słowniku nie ma "nie da się".

- Nie jedz cukru. - A dajcie wy mi wszyscy święty spokój. Ile mi tego życia zostało?

To taki klaps na dobranoc. Albo nie, tylko na -noc. Przedrostek dobra- został sobie w pieruny stąd w wygodnym łóżku, a w każdym razie wygodniejszym, niż to tutaj, najbardziej twarde na świecie chyba. Podpisano: królewna na ziarnku grochu.

22:39, blok.czekoladowy
Link Dodaj komentarz »