Takie te jakieś hasła, loginy - to zawsze przeprawa gorsza, niż trzy strony tekstu.
Przyjazd: piątek, 10.20. Świadomość, że nic nie wiem - jak się zachować, jak to będzie, czy sobie poradzę - przygniata. Bo nie lubię nie wiedzieć, nie być przygotowana, mieć przed mordą wizję porażki. Zwłaszcza, jeśli kwestia tyczy się - dosłownie - życia lub śmierci.
Może niektórym wykrzywić twarz myśl o tym, że przyjeżdżam z poczucia obowiązku i z troski, a mam na ustach śmierć. Ale przecież właśnie dlatego przyjeżdżam - bo mi ona nie pasuje, bo chcę z nią bój stoczyć. Myślę, że o wrogu trzeba mówić poważnie i z szacunkiem, żeby mieć szanse najmniejsze chociaż.
Gorsza sprawa, że ta śmierć czasem przybiera postać zwykłego człowieka. Albo choroby. I tak siedzi w tym człowieku i podtruwa mu umysł, i zaciemnia pamięć, i wyciąga z niego takiego potworka, któremu "dajcie spokój, nie męczcie, ile tego życia mu zostało". I jak tu łzy powstrzymać, jak się chce zatrzymać przy sobie takiego uparciucha jak najdłużej i się robi z sercem w rękach wszystko, żeby lepiej było, ale nic nie można zrobić, bo cię taki chory - ciebie i twoją troskę - nazywa idiotą?
Patrzę w lustro i parszywie się widzę. Nie wiem tak naprawdę, czy chęć pomocy wynika z dobra, czy z egoizmu wielokrotnie zarzucanego. Jeśli to drugie, to wychodzi kiepsko, bo wcale nie czuję się dobrze. Perfekcjonizm zmusza do przyznania pedagogicznej porażki - nie umiem zmusić chorej, żeby mnie słuchała, co za tym idzie - nie mogę pomóc. W każdym razie nie tyle, ile chcę, a chcę od A do Z, a nawet do Ż. I nie chcę słyszeć, że się nie da. W moim słowniku nie ma "nie da się".
- Nie jedz cukru. - A dajcie wy mi wszyscy święty spokój. Ile mi tego życia zostało?
To taki klaps na dobranoc. Albo nie, tylko na -noc. Przedrostek dobra- został sobie w pieruny stąd w wygodnym łóżku, a w każdym razie wygodniejszym, niż to tutaj, najbardziej twarde na świecie chyba. Podpisano: królewna na ziarnku grochu.